Druga kolejka Ligi Futbolu Amerykańskiego, która odbyła się w 25 marca w Tychach, nie zakończyła się dla miejscowych zawodników pomyślnie. Niestety domowe boisko i własna publiczność nie dodały Sokołom skrzydeł na tyle, by pokonać Mistrzów Polski.

Początkowe minuty meczu zapowiadały, że wszystko może pójść po myśli tyszan i spotkanie będzie wyrównane, ponieważ pierwsze punkty po kopnięciu zdobył dla Sokołów Krzysztof Richter. Wydaje się, że to podziałało na wrocławian jak płachta na byka i na ich odpowiedź nie trzeba było długo czekać, gdyż zaczęli popisywać się swoją skutecznością, zdobywając serię przyłożeń. Przed końcem pierwszej połowy Falcons udało się tylko nieznacznie zmniejszyć straty dzięki akcji podaniowej do Pawła Wojciechowskiego i wynik wynosił wówczas 35:10 dla Panthers.

Po przerwie goście byli jeszcze bardziej zmotywowani, by dodać do swojego konta więcej punktów i pokazać, że w nowej lidze również chcą zgarnąć tytuł najlepszej drużyny w kraju. Kolejne przyłożenia na koncie drużyny z Wrocławia zdawały się nie zniechęcać Sokołów, którym udało się ponownie zawitać w polu punktowym rywali. Różnica była już jednak na tyle znacząca, że pomimo dobrych chęci i twardej walki na boisku, czas pędził nieubłaganie i nie udało się już dogonić wrocławian. Ostatecznie mecz zakończył się punktacją 57:17 dla Panter.

– Gra nas wielu w drużynie i na końcowy wynik składa się wysiłek nas wszystkich, lecz jestem zdania, że ocenę zawsze należy zacząć od samego siebie. Pojawił się szereg małych błędów, które w skutkach przyniosły wielkie rozczarowanie. Wiem, że jesteśmy w stanie regularnie zdobywać po 30 punktów na mecz- nawet przeciwko Panthers, ale jedynym warunkiem jest konsekwentna realizacja założeń przedmeczowych. To jest gra i jak wiadomo, potrzebne jest też trochę szczęścia, którego nam w niedzielę ewidentnie zabrakło, a wynik nie jest odzwierciedleniem przebiegu meczu – podsumowuje Maciej Wróbel, środkowy Tychy Falcons.

 

fot. Zuzanna Cieślok